
Głęboko zakorzenionym zwyczajem była na Śląsku Cieszyńskim „pobaba” — sąsiedzka, bezpłatna pomoc przy wykonywaniu tych prac gospodarskich, które wymagały większej liczby osób: żniwa, sianokosy, zbiórka lnu, zwózka drzewa na budowę domu. Swego rodzaju „pobabą”, która kończyła się zwykle poczęstunkiem i tańcami, były też — organizowane w zimie — „szkubaczki”, czyli darcie pierza oraz „prządki”. W zasypanej śniegiem chałupie ożywał wówczas cały świat beskidzkiej mitologii. Młodzi cmokali z podziwu, a dorośli potakiwali poważnie, gdy „starka”, czyli babka, zaczynała snuć swoje opowieści: o skrzydlatej husarii króla Sobieskiego śpiącej w Czantorii; o Czarnej Księżnej cieszyńskiej, której po śmierci ziemia przyjąć nie chciała, bo zbyt wiele grzechów ciążyło na jej sumieniu; o dzwonie z Frysztatu, który zapadł się z całym kościołem przez występne życie frysztackich mieszczan; o rycerzu-rozbójniku Bełce („o rycerzowi Bełce”, jak mawiano z cieszyńska) z Gródka* czy wreszcie o wielkim wężu Złotogłowcu ze złotą koroną na głowie — królu wszystkich węży beskidzkich, mieszkającym w lasach pod szczytem Goduli.
Gazdowie, których wielu służyło w austriackim wojsku na wszystkich frontach Europy, opowiadali o dalekich krajach i krwawych bitwach „przi Solferinie” (pn. Włochy, 1859) czy „łu Pijawy” (rzeka Piawa w pn. Włoszech, 1918). Dalej płynęły „godki” o zbójnikach, a zwłaszcza o najsłynniejszym z nich — Ondraszku, o którym też wspominamy w artykule „Zbójnictwo”. I wreszcie schodziło na rozmaite strachy, nocznice, mory, sotóny i bożęta, które dawniej wielkimi gromadami zamieszkiwały leśne jary i wądoły, stawy i rzeczne plosa (czyli głębie), mokradała i uprawne pola, a nawet zakamarki góralskich izb. Każdy prawie miał z nimi jakąś przeprawę, a już najczęściej — z utopcami. Niezapomniany Gustaw Morcinek, doskonały znawca podań i legend Beskidu Śląskiego, tak pisał o utopcu:
„Podobny jest do małego chłopieczka, siedzącego na dnie Olzy czy Wisły, czy jakiegoś większego stawu. Nie lubi miejsc płytkich. Przedkłada głębokie plosa, których dna trudno najdłuższą żerdzią zgruntować (…). W takich miejscach niedobrze się kąpać. Utopiec może łatwo pogniewać się na człowieka, za nogę śmiałka w głębinie przytrzymać, zaplątać mu głowę i ramiona między jakieś korzenie i wodą udławić. Czasem śmieje się do ludzi, co nad brzegiem stoją. A wtedy na powierzchnię ciemnej wody wysypuje się z głębiny sznur srebrzystych banieczek, co się z pustym szelestem rozpryskują (…). W dzień pogodny, kiedy słoneczko najbardziej praży, czeka w głębinie na głos dzwonów, skoro na Anioł Pański zadzwonią. Wtedy wyskakuje z wody mały człowieczek w czerwonej czapce, o małpiej mordce, brzuchaty, z kopytkami zamiast stóp. W błoniastych dłoniach trzyma patyczek, grzebie nim w głęboczynie, a jasnymi, wyłupiastymi ślepkami łypie na dno rzeki. Szuka swoich pierzyn. Wywleka je potem na brzeg i suszy w słonku. A gdy na cieszyńskim zegarze wybije godzina pierwsza, porywa pierzynę na plecy i skacze w wodę”.
Wreszcie opowiadano też o jaroszkach — małych, brzydkich stworkach, które jednak nikomu nic złego nie czyniły, tylko strzegły zazdrośnie po uroczyskach skarbów wszelkich, zakopanych w ziemi przez Ondraszka i jego kamratów: „Siedzi taki diablik nad kotlinką — pisał Morcinek — i warzechą miesza zbójnikowe pieniądze, suszy je, przekłada, przesypuje z wysoka a niebieskie płomienie tańczą nad czerwonymi dukatami i ludzi mamią. Jeżeliby się człowiek złakomił na owe skarby i jaroszka wodą święconą przepędził, a dukatów nabrał (…), zmieniłyby się w suche liście i osty. Lecz kiedy ksiądz w Palmową Niedzielę czyta przy ołtarzu Pasję, wtedy jaroszek opuszcza powierzone skarby, biegnie do kościoła, wdrapuje się na okno lub przykościelne drzewo i słucha ewangelii o Męce Pańskiej. Wówczas człowiek mógłby nabrać tych pieniędzy do woli, lecz jaroszek tak owo miejsce odmieni, że go nikt znaleźć nie może”.







